Strona Główna

Opowieści poszukiwaczy : monety czeskich królów

Dzisiaj opowiem historię, jaka zdarzyła się wiele lat temu i dawno już przedawniła, a ich bohaterowie mieszkają obecnie za granicą i nie ma z nimi kontaktu... a szkoda.
Były to początki polskiego poszukiwania "skarbów" , dominowały wykrywacze typu PI, o wykrywaczach z dyskryminacją nawet nie słyszeliśmy w telewizji, informacje o nich pojawiły się w wiele lat później, mało kto takowy z naszych kolegów posiadał.  Dość powiedzieć, że jeden ze znajomych szukał "skarbów" metalową kłujką zrobioną z drutu i rączki z drewna. Mówiliśmy na niego "człowiek pręt".



Fotografia zastępcza ;-)


Klasyczny wykrywacz typu PI mógł odszukać hełm wojskowy, czy wiadro, pojedyncza moneta nie dawała w zasadzie na takim wykrywaczu PI czy "kłujce" żadnego sygnału.
Dwaj bracia pojechali po pracy w okolice pewnego dolnośląskiego miasteczka na poszukiwania. Celem były łąki i nieużytki wokół miasta. Liczyli na jakieś hełmy, bagnety, menażki, wielkie mosiężne armatnie łuski oraz złom jaki można było sprzedać w skupie.
Jeden z braci poszedł przed siebie w stronę ogrodów działkowych, a drugi prowadził poszukiwania w pobliżu jezdni , ale i on miał zamiar opuścić to miejsce z powodu takiego, iż poszukiwania braciom zakłócały samochody ciężarowe co jakiś czas zwożące ziemię z pobliskiego miasteczka - na rynku prowadzono jakiś remont, czy rewitalizację i wysypujące ją na pola nieużytków w pobliżu drogi. 
Zniechęcało to jednego z braci, lubiącego ciszę i anonimowość do dalszych poszukiwań, i już miał iść on w inne miejsce, kiedy w oddali na drodze zauważył jadącą w swoim kierunki milicyjną Nyskę .
Poszukiwacz obawiając się sam do końca nie wiedząc czego (były to czasy kiedy milicja zajęta była zwalczaniem nielegalnych wytwórni bimbru i tropieniem osiedlowych złodziejaszków, a nie poszukiwaczy) postanowił ukryć się za świeżo co wysypaną hałdą ziemi przemieszaną z jakimiś resztami zbutwiałego drewna. Dwa skoki i już jeden z braci leżał na płask na hałdzie ziemi, klnąc pod nosem, że wybrudził nową bluzę moro jaką "załatwił" mu szwagier z wojska. Wolał skryć się, gdyż całkiem niedawno chłopacy mieli spotkanie z leśniczym w pobliżu pewnej wsi i za chodzenie i szukanie jak to nazwał leśniczy "poniemieckiego żelaztwa i płoszenie zwierząt piszczącymi urządzeniami" dostali mocną reprymendę.
Wracamy do opowiadania.
Milicyjna nyska pędząc jakieś 60 na godzinę minęła poszukiwaczy i pojechała w siną dal. Jeden z braci przezornie leżąc na hałdzie ziemi nieco ochłonął i już miał wyjrzeć zza górki czy można wyjść na łąkę, kiedy  nagle zamarł z wrażenia.
Pod twarzą i wokół głowy miał porozrzucane srebrne cieniutkie krążki, monety jakich wcześniej nigdy nie widział. Bez używania wykrywacza zebrał ponad 40 sztuk, po włączeniu wykrywacza w miejscu gdzie były monety był nadal sygnał - rozgrzebanie pryzmy ziemi ujawniło kolejnych 150 sztuk. Niebawem nastała noc i trzeba było wracać do domu.
Drugi z braci wrócił w to miejsce nazajutrz pilnie biorąc urlop od pracy. Cierpliwe przeczesywanie i przekopywanie gruntu z wywrotki ujawniło kolejne prawie 300 sztuk monet.
Wybieranie monet przerwało pojawienie się spychacza, który rozplantował całą ziemię po polu.
Na trzeci dzień po pracy byli już tam obaj plus kolejne dwie osoby. Nie ważne czy ktoś szukał wykrywaczem, czy tylko używał wzroku - każdy znalazł od kilku do kilkunastu monet. Pojawiali się nawet poszukiwacze z grabiami rozgrzebujący ziemię nocą w świetle latarek.
Sprawa nabrała rozgłosu - już od momentu załadunku ziemii na rynku miasteczka na ciężarówki Ził, za samochodami jechała grupka na motorowerach, lub w trabancie i śledziła w jakie miejsce wywożona jest ziemia. Samochód odjeżdżał, a poszukiwacze przetrząsali wykiprowaną ziemię. Nie było już jednak tak spektakularnych znalezisk, a przypadkowo zgubione kiedyś drobne monety różnych nominałów.
Dzisiaj w tym miejscu stoi duży sklep. Sądzę, że pod nim, w ziemii jest jeszcze wiele monet z tego skarbu.
z opisu monet wyglądały one na monety czeskich królów i jak wspominał nieobeznany z tym znajomy - niektóre osiągały sporą cenę, zaś inne mimo że bardzo podobne nie budziły zainteresowania więc sprzedawano je po kilkanaście sztuk na raz w tej samej cenie co jedna  inna. Lokalne targi staroci zalała fala monet pochodząca z tego znaleziska, a można było wtedy je kupić dość tanio. Sam żałuję, że wówczas zbierałem bagnety i hełmy, a cienkie monety z jakimś lwem i koroną zupełnie mnie nie interesowały. Jak to skwitowali bracia - do znalezienia największego ich skarbu przyczyniła się milicyjna Nyska. Gdyby nie przejeżdżała, jeden z nich nie schował by się za górką ziemi i nie upadł by twarzą w rozrzucone srebrne monety.
Obecne nowoczesne detektory pozwoliły by wyłowić niemal większość z tego co tam było, jednak cała przygoda miała miejsce dawno temu, kiedy jedynym dostępnym poszukiwaczem były samoróbki typu PI.
Resztki tego skarbu znajdują się obecnie pod betonowym parkingiem nowoczesnego sklepu.


8 komentarzy:

  1. http://innemedium.pl/wiadomosc/w-danii-znaleziono-zloty-amulet-skandynawskiego-boga-odyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobne znaleziska zdarzają się w Polsce, ale w Polsce nie można się tym chwalić.

      Usuń
  2. Karol, czy to nie była ta akcja po której władze lokalne ogłosiły, że kto dobrowolnie zgłosi się i odda to co znalazł odstąpią od karania?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądzę, lokalne władze o tym znalezisku nigdy nic nie wiedziały. To nie Środa Śląska, ale sąsiednie miasteczko koło Zielonej Dziury.
      Tam szukali ludzie młodzi, ale cwani. Prędzej wywalił by taki do studni niż zaufał władzy ludowej ;-). Jeździłem wtedy jako handlowiec po tym rejonie i widziałem jak zapatrzeni w swoje buty tiptopkami chodzili tam i z powrotem licząc na kolejną monetę. Myślę - patologia monet szuka ;-), a nie lepiej hełmy i bagnety zbierać i menażki i szable?

      Usuń
  3. To były czasy :-), te pikaczapy PI, statyki ważące 3 kg :-), i kłujki.
    Mało dziś ludzi wie na jakiej zasadzie szukało się kłujkami, kiedyś pamiętam była jakaś rozmowa i jeden z młodszych poszukiwaczy mówi że będzie szukał kłujką , to się go pytam ... a wiesz kolego jak się nią szuka?....na to On odpowiada, to bardzo proste... mam pręt z rączką idę i wbijam, jak pręt trafi na opór to kopię bo to skrzynka lub kanka albo porcelana.
    Cóż, uśmiechnąłem się pod nosem i pomyślałem, niech się sam uczy bo najlepsza nauka to poprzez własne doświadczenia. :-).

    OdpowiedzUsuń
  4. Bo kłujka szukała nie artefaktu, tylko "miętkiej" ziemii. |Jak było miękko to trzeba było kopać w ciemno. Nasz "człowiek pręt" łaził z nią po okopach i rzeczywiście szukał metodą tego młodego militarki. Tam w piaszczystym okopie to działało - opór to był kamień, korzeń lub hełm albo menażka. Wbijał max na 50 cm stopa przy stopie, zrobił tak kilka kilometrów okopu w jeden sezon i wybrał w miarę dokładnie wszystko co było. Szukać kłujką kanek obecnie nie ma możliwości bo ziemia już stwardniała. To miało sens zaraz lat po wojnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Słyszę czyjś chód, to Robin Hood...
    http://innemedium.pl/wiadomosc/brytyjczyk-znalazl-w-lesie-pierscien-robin-hooda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W naszym kraju informacja taka by nigdy się nie ujawniła - w obawie przed karą pierścień : a - został by sprzedany jako złom (ale to już sporadyczne przypadki ociemnienia), b - został by na zawsze w prywatnej kolekcji , c - został by wywieziony za granicę i tam ujawniony jako znaleziony, d - każdy inny pomysł byle nie zgłoszony jako znalezisko z podaniem lokalizacji. W naszym kraju ten człowiek by już miał postawione zarzuty jako przestępca.

      Usuń