Srebrna papierośnica ze Ślężą w tle...

Starsi koledzy zapewne znają temat.
Koordynaty na papierośnicy próbował rozwiązać Ś.P. Wojciech Stojak i kilku innych eksploratorów.
Za zgodą Jacka umieszczam zdjęcie papierośnicy, która jest w jego posiadaniu.
Historia związana z papierośnicą była inspiracją do napisania poniższej książki, jednak opisana historia odbiega dalece od faktów jakie miały miejsce w 1945 roku.

Oto i sama papierośnica. Zdjęcie upublicznione jest po raz pierwszy.
Daniel dopatrzył się tam, podobnie jak pewne osoby wcześniej wiatraka, lub młynu, a taki był w okolicach Sobótki.


Jest też młyn, ale bez wiatraka.

Jeśli ktoś ma ciekawe przemyślenia to chętnie przeczytam.
(Post powstał przy wspólnym udziale członków grupy oraz osób zaprzyjaźnionych. Były pomysły zgodne, były też pomysły odrębne. Ciekawą koncepcję miał X. ale wycofał się z tematu.)
W podziękowaniu za zdjęcie papierośnicy można Jackowi postawić skrzynkę wódki ;-).
Oczywiście nie zapomnijcie o odstępnym 10% dla Jacka i 5% dla mnie ;-).

Na koniec polecam Tajemnice z worka Liczyrzepy - opowieści są zgodne z faktami.

18 komentarzy:

  1. He he, Jacek to abstynent :), a tak na marginesie to dość ciekawy temat :).

    OdpowiedzUsuń
  2. W kwestii tego pudełka to muszę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że system danych i zapisywania koordynatów geodezyjno-kartograficznych przez te kilkadziesiąt lat tak bardzo się nie zmienił....:-D A nawet rzekłbym, że nie zmienił się od kilkuset lat w tym wypadku...

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadza się, kierunek, lub azymut i odległość, lub przecięcie się kierunków. Dopatrzyłem się tam minut stopniowych, więc dobra koncepcja. W geodezji i kartografii zmienił się jedynie sprzęt , metodologia pozostała taka sama od czasów Pitagorasa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A właściciel papierosnicy mógłby zamieścić odcisk zrobiony ołówkiem na kartce papieru? bez refleksów swietlnych wiecej byłoby widać

      pozdrawiam

      Usuń
  4. Na tym pudełku jest widoczny znak Ahnenerbe, a pod nim symbol rogów jakby jelenia albo jakiejś rogacizny. Czy to nie symbol jednego z Gebirgsjäger Korps np. Drugiej Dywizji Górskiej Wehrmachtu? Oni walczyli w ramach Grupy Armii Południe podczas inwazji na Polskę w 1939r. atakując z terytorium państwa słowackiego. Ich koniec nastąpił w 1945 r. Oddział Heer miał jelenia w wizerunku. Oddzielony był od wojska i Waffen-SS. Był wieloetniczną i wielonarodową wojskową siłą Trzeciej Rzeszy. Urósł od trzech pułków do ponad 38 dywizji w czasie II wojny światowej i służył u boku armii, ale nigdy nie był formalnie jej częścią. Bardzo ciekawe! Zapewne pudełko było własnością jednego z członków Heer i zarazem Ahnenerbe... Jaki Panie Karolu ma to związek ze Ślężą? Z ciekawością i pozdrowieniami - T...

    OdpowiedzUsuń
  5. W jednej z Pana audycji (Narada u Hrabiego) na You Tube - Herr Kwiecień opowiada o tym, że jeden z oddziałów Ahnenerbe słuzył na Ślęży, a jego żołnierze mieli wytatuowany znak rogatego diabła albo kozła. Widzę tu Panie Karolu pewną analogię do tego pudełka skoro mowa jest przy nim o Ślęży. Skąd Herr Kwiecień to wiedział? Druga dywizja górska nosiła właśnie taki symbol...
    Zczyna robić sie ciekawie na tym Pana blogu...

    OdpowiedzUsuń
  6. Dowódcą drugiej dywizji górskiej od 1 listopada 1944 do 6 lutego 1945 był Generalleutnant Hans Degan. Urodzony 18 luty 1899 r. w Rosenheim w Górnej Bawarii, a zmarły 8 listopada 1971 r. w Bad Tölz - także w Górnej Bawarii. W tym okresie kiedy był dowódcą ukrywano transporty na Ślęży...
    Jego następca był Oberst Hans Roschmann będący dowódcą zaledwie przez trzy dni od 06 lutego 1945 do 09 lutego 1945r. czyżby to jego papierośnica?
    Pozdrawiam Panie Karolu.
    Bardzo Serdecznie Pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
  7. Tak przy okazji Panie Karolu jak Pan będzie w bibliotece niekoniecznie w Polsce to proszę sobie wyporzyczyć i poczytać:
    "Erinnerungen eines kämpferischen Schwaben" - 2. Gebirgsdivision EIGENVERLAG von Oberst i.G. a. D. Hans Roschmann (1978)
    czyli:
    "Wspomnienia z wojującej Szwabii" - 2. Dywizja Górska, wydanie własne, pułkownik i.G. a. D. Hans Roschmann (1978)

    OdpowiedzUsuń
  8. Hans Roschmann
    geb. 10.10.1910 in Ulm

    März 1929 Abitur in Salem
    April 1929 Eintritt in die Reichswehr
    Okt. 1932 Lt. beim III/Geb.Jäg.Batl. IR 19
    Okt. 1934 Batl.Adjutant A.II./IR München
    1938/1939 Kriegsakademie
    1339/1945 Verwendung in versch. Generalstabsstellen
    Ic 1. Gebirs-Division
    Qu. LII A.K.
    00.01.1942-30.06.1943 Qu. XXXVI A.K.
    01.07.1943–20.10.1943 Ia XXXVI A.K.
    23.09.1943 vertr.Kdr. GR307
    20.10.1943-15.02.1945 Ia 2. Gebirgsdivision
    06.02.1945-09.02.1945 vertr. Kdr. 2. Gebirgsdivision
    05.04.1945-23.04.1945 Ia 11. Armee
    1945-1948 US-Kriegsgefangenschaft (jeniec amerykański)
    1948-1951 Eintritt beim BGS bei GSK Süd, Verwendung im BMI, GSK Mitte
    Juli 1956 Übertritt zur BW als Oberst i.G. Chef des Stabes 4.Pz.Gren.Div.

    OdpowiedzUsuń
  9. No dobrze to może do rzeczy?
    Urządzenie, jakie nas w istocie interesuje przy poszukiwaniach na Ślęży to tak zwany dzwon (die Glocke). Nazwę swoją zawdzięcza on wyglądowi zewnętrznemu, to jest: okrągłej, masywnej podstawie, obudowie i metalowej końcówce. Średnica podstawy wynosiła ok. 2 metry, a zbudowana była prawdopodobnie z ołowiu, ewentualnie z innego ciężkiego metalu. Obudowa o nieco mniejszej średnicy (1.5 - 1.8 m) miała kształt cylindra zakończonego czymś w rodzaju półsferycznej kopuły o promieniu równym promieniowi cylindra. Na samym szczycie tej machiny znajdował się wspomniany już metalowy pręt, wysoki na 2 - 2.5 m. Do pręta doprowadzony był gruby, jednoimienny przewód wysokiego napięcia. Wnętrze kryło w sobie bardzo masywny wirnik, zajmujący większą część obudowy. W istocie elementem zasadniczym wirnika były dwa dyski, obracające się współosiowo w przeciwnych kierunkach. Wypełnione były one rtęcią, a obracały się z niezmiernie dużymi prędkościami, znajdując się w nieznacznych odległościach od siebie. To wskazuje na niewyobrażalną wprost wytrzymałość materiału, z którego musiały być one wykonane. Podczas pracy urządzenia do dysków doprowadzano do niego prąd bardzo dużym napięciu i natężeniu (nota bene najprawdopodobniej indukcyjnie, to znaczy bez kontaktu mechanicznego z jego źródłem, bo to powodowało by ogromne tarcie). Znajdujące się wewnątrz płynne gazy- azot i tlen schładzały rtęć poniżej temperatury krzepnięcia. Dyski obracały się wokół rdzenia o średnicy 20cm. W wykonanym z twardego metalu rdzeniu umieszczano specjalny ceramiczny pojemnik o długości 1- 1.5m, osłonięty 3 centymetrową warstwą ołowiu Wypełniony on był substancją o kryptonimie IRR Serum- 525. W skład owej tajemniczej substancji wchodziły tlenki toru i berylu, a w temperaturze pokojowej miała ona konsystencje "lekko ściśniętej galarety". Jej kolor zaś złocisto-metaliczny, z odcieniem fioletowym. Podczas pracy urządzenie pobierało znaczne ilości prądu o dużej różnicy potencjałów. Linie wysokiego napięcia były do tego stopnia obciążone, iż silne przepięcia występowały na znacznych odległościach od miejsca prowadzenia prób urządzenia.

    OdpowiedzUsuń
  10. Przed właściwą próbą rozkręcano owy dzwon do niezwykle dużych prędkości, a następnie dopiero doprowadzano prąd do wspomnianego wyżej metalowego pręta. Dzwon unosił się wówczas na duże wysokości i emitował promieniowanie o bliżej nieokreślonym zakresie. Promieniowanie było dla Niemców niezwykle zaskakujące, tym bardziej, iż jego natury nie dało się jednoznacznie określić, wykorzystując do tego dostępną wiedzę fizyki, tak klasycznej, jak i kwantowej. Charakteryzowało się ono niebieską poświatą, i rozmazywaniem kształtów, a także silnym i bezpośrednim działaniem na organizmy żywe. Niszczyło mianowicie ich elementarną strukturę, zaczynając najprawdopodobniej od rozbijania molekuł, lecz mogło też działać na bardziej elementarne struktury (do tego aspektu jeszcze na chwile wrócimy) Zabiła ona 5 z 7 naukowców wchodzących w skład pierwszego zespołu badawczego, a co za tym idzie stało się przyczyną jego rozwiązania.. sam lot trwał do 1.5 minuty. Gdy prowadzono próby na otwartej przestrzeni stosowano do tego 3 wagony z oznaczeniami czerwonego krzyża. Na jednym znajdował się dzwon na innych urządzenia pomocnicze. Naukowcy odchodzili na odległość 150 do 200 metrów od wagonu, zakładali na siebie wielkie gumowe kombinezony, a także hełmy z wielkimi czerwonymi szybami z przodu. Z więźniów KL Gross Rossen, utworzono komando wykonujące wszelkie prace techniczne przy projekcie (najprawdopodobniej jego kryptonim operacyjny to RWS-1). Po kilku próbach wagony po prostu znikneły. Skreślono je z ewidencji opolskiej kolei- formalnie w skutek nalotu. W rzeczywistości spalono je miotaczami ognia, a to, co zostało pocięto palnikami acetylenowymi.

    OdpowiedzUsuń
  11. Próby prowadzono też w szybach górniczych, które po kilku testach zasypywano, niekiedy w specjalnych pomieszczeniach wyłożonych kafelkami ceramicznymi, na które nakładano specjalne gumowe maty (niszczone po każdym teście). Kafelki zmywano cieczą o podobnych do solanki właściwościach chemicznych. Warto też wspomnieć, iż w pobliżu miejsc gdzie prowadzono próby kładziono ślimaki, krew, tłuszcz, jaja kurze, motyle etc. Notabene podobne produkty wysłali Amerykanie w jednej ze swych sond kosmicznych! Krew ulegała żelowaniu, w roślinach zanikał chlorofil, a wszędzie tworzyły się dziwne krystaliczne struktury. O tym, iż nie działo się tak w wyniku działania bakterii świadczy sterylność warunków, w których przeprowadzono badania i brak cech charakterystycznych dla rozkładu bakteryjnego (jak np. smród). Płyny ulegały też wyraźnemu frakcjonowaniu. Można przypuszczać, że dzwon zaginał w swoisty sposób czasoprzestrzeń. Obok projektu, Chronos zaczął jeszcze działać Laterträger (latarnik- zapalający lampy uliczne). Kierownictwo pierwszego objął wspomniany profesor Gerlah, doktor Ernst Grawitz (ze służb medycznych Luftwaffe- odpowiedzialnych za liczne zbrodnie). Zajmował się on minimalizacją skutków ubocznych działania Dzwonu. A, że Dzwon był tylko elementem napędu, jesteśmy w tym miejscu dopiero na wierzchołku góry lodowej. Mamy wstępne wyniki pokazujące kopułę i sporych rozmiarów zalany w jakiejś strukturze wirnik. Mamy doniesienie o prowadzonym dużej mocy kablu elektrycznym z zamku w Górce. Mamy wiele rzeczy, które wskazują na to doświadczenie ale musimy jeszcze ten mechanizm wykopać ewentualnie dotrzeć do niego, którąś z istniejących sztolni. Problem polega na odnalezieniu wejścia do pomieszczeń nad którymi od zbadanego punktu dzieli nas naddatek o wysokości 12-15 m. Co wy na to? Oczywiście to żart marketingowy przed występami Karola w Książu !!! Nie bierzcie tego serio ; D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paliwo rtęciowe do projektu "Die Glocke" wywoływało białaczkę. To taka drobna informacja dla poszukujących tego wynalazku...

      Usuń
    2. Proponuję zejść na ziemię, to jest strona o tajemnicach Ślęży, a nie fantastyka naukowa .

      Usuń
    3. Dokładnie to wszystko jest tu ślężańską tajemnicą... mniej lub bardziej naukową. Aczkolwiek fantastyki w niektórych wpisach tu nie brakuje ;-) Ale to nie jest istotne w tym momencie Panie Karolu.

      Usuń
    4. Die Glocke nie było w okolicach Ślęży, do tego typu prac potrzebne było spore zapotrzebowanie na prąd, a ono występowało w nocy lecz w innym miejscu :). Więc nie mieszajmy dwóch systemów walutowych.:).

      Usuń
    5. Sporą nadwyżkę mocy miała cukrownia w Pszennie koło Świdnicy.
      O ile pamiętam dane o jakich wspominał Rysiek, to chyba 7 krotnie więcej prądu pobieralii niż potrzebowali do procesów produkcyjnych. Mógł by to być niezły kamuflaż i można było rozchodować pobór energii który chciano ukryć.

      Usuń
  12. Obecność jednego z Gebirgsjäger Korps na Ślęży pod koniec wojny jest już potwierdzona trzykrotnie w dostępnych zeznaniach, postach i relacjach....

    OdpowiedzUsuń